tóre regiony Polski mogą pochwalić się największymi tradycjami kulinarnymi?

Odpowiedź nie będzie zaskoczeniem – najgłębsze korzenie kulinarne znajdziemy w regionach, w których miejscowa ludność żyje od pokoleń. Ze względu na zmiany granic terytorium Polski po II Wojnie Światowej niemożliwością byłoby szukanie wielopokoleniowych tradycji na Dolnym Śląsku czy w Lubuskim. Co innego na ziemiach gdzie migracja ludności była przez ostatnie lata stosunkowo niewielka czyli na Kaszubach, na Podhalu, w Wielkopolsce czy w Małopolsce.

Dla kontrastu, największe natężenie „obcych” tradycji występuje na ziemiach odzyskanych?

Ziemi odzyskane to określenie nieco propagandowe, gdyż nie wszystkie nasze dzisiejsze ziemie zachodnie należały niegdyś do Polski. Bez wątpienia tradycje lwowskie przeniesione do Wrocławia były z początku obce, choć z czasem stały się wyróżnikiem nowo powstałej wrocławskości. Pytanie, czy jeszcze w ogóle istnieją jako osobny byt? Mym zdaniem raczej wtopiły się we wrocławski tygiel. Czy tradycje niemieckie na Opolszczyźnie można uznać za obce? Tylko wówczas, gdy jest się polskim nacjonalistą, gdyż Niemcy żyją na tych ziemiach od stuleci.

Kuchnie regionalne mieszają się ze sobą czy są to raczej homogeniczne byty?

Kuchnie regionalne również ulegają wszechświatowym modom, które zmieniają sposoby podawania potraw lub odchudzają je. Jednak kuchnie nie mieszają się ze sobą, gdyż wynikają z klimatu, historii i doświadczeń danej ziemi. Czemu górale podhalańscy mieliby nagle zacząć smażyć flądry, a Kaszubi lepić pierogi z bryndzą?

Siła kuchni regionalnych polega również na tym, że na talerzu łączy w jedno różne etnosy i narodowości. Doskonałym tego przykładem jest Górny Śląsk, którego mieszkańcy czują się Polakami, Ślązakami bądź też Niemcami, lecz kluski śląskie to przecież absolutnie to samo co gumiklyjzy czy Schlesische Kloesse.

Który polski region wydaje się być najbardziej niedocenianym przez smakoszy?

Zawsze uważałem, że największe bogactwo jest tam, gdzie występuje mieszanka różnych kultur i narodowości. Mym skromnym zdaniem, najciekawsze miejsce na kulinarnej mapie Polski to Wschód - okolice Puszczy Knyszyńskiej, Supraśla i Białegostoku. Na tych ziemiach nastąpiło fantastyczne wymieszanie tradycji polskich, żydowskich, białoruskich, tatarskich i litewskich. Bardzo ciekawa pod tym względem jest również Lubelszczyzna.

Jak ocenia Pan rozwój turystyki kulinarnej w naszym kraju?

Do znudzenia powtarzałem i powtarzam, że kuchnia to jeden z podstawowych produktów turystycznych. Prawdę od dawna oczywistą we Francji czy Włoszech odkrywamy i my. Coraz więcej osób jeździ na Mazury głównie po to, aby zjeść sielawę, do Białegostoku na kiszkę ziemniaczaną lub do Poznania na czerninę. To wszakże nadal niewielki procent populacji, jak sądzę. Nie wiem, czy istnieją stosowne badania, lecz widząc w sezonie kolejki do tak zwanych smażalni czy budek z kebabami śmiem twierdzić, że dobrodziejstwa lokalnej gastronomii rzadko są brane pod uwagę przy planowaniu wakacji w kraju.

Z czego możemy być najbardziej dumni przedstawiając polskie kuchnie regionalne obcokrajowcom?

Gdy w Polsce prowadzę do restauracji gości z Zachodu Europy, świetnie widzę, jak dużym przeżyciem jest dla nich fakt, że mogą zjeść znakomitą dziczyznę za stosunkowo niewielką cenę. Albo grzyby leśne - we Włoszech, Francji czy Niemczech prawdziwki kosztują fortunę. Lasów w Polsce mamy dużo, są one dobrem wspólnym, a obecność leśnych płodów w naszym jadłospisie z pewnością jest fantastycznym wyróżnikiem. Nie wszyscy to jednak rozumieją - zakup dziczyzny jest sporym wyzwaniem, gdyż znakomita jej większość trafia na eksport w postaci nieprzetworzonej. Następnie to Włosi robią z polskich dzików pasztety, które potem trafiają do naszych delikatesów jako tamtejsze produkty regionalne. Cóż, powinno być odwrotnie.