łaśnie takie perełki otworzyły mi oczy na to, jak barwny i warty zwiedzania jest nasz kraj. Zawsze lubię zanurzyć się całkowicie w miejsce, w którym jestem. Nie wystarczy mi zwykłe patrzenie i słuchanie. Chcę to poczuć! Dlatego z przyjemnością wracam do Gniewu, gdzie w powietrzu unosi się bojowy duch polskiej husarii, a najlepiej widać to w czasie rycerskiego turnieju. Równie przyjemnie robi się, gdy nos atakowany jest przez wszechobecny zapach smaru, który jest balsamem dla zmęczonych historycznych parowozów w Wolsztynie. Kłęby pary i dymu wypluwane przez takie pociągi może nie są najbardziej ekologiczne, ale nikt nie odmówi im sentymentalnej magii. Parowóz miewa zresztą swoje humory i odmówi dalszej jazdy, jeśli nie będziemy go co chwila dokarmiali kolejnymi kilogramami węgla. Miło także ubrudzić się ciastem przy własnoręcznym wyrobie toruńskich pierników, Oczywiście, tylko tradycyjną metodą! Żadnego cukru, za to z miodem i orientalnymi przyprawami na czele z pieprzem – w końcu piernik to ciasto pierne, czyli pieprzne. Warto także pokryć ubranie różnokolorowymi plamami w czasie zjazdu dziesiątki czy setki metrów pod ziemię. Na południu Polski mamy moc kopalni otwartych dla turystów, gdzie najlepiej przekonamy się, że jednym z większych zagrożeń pod ziemią jest… woda. Doświadczenie klaustrofobicznej ciasnoty przy wydobywaniu węgla lub przepłynięcie kopalnianej rzeki, czyli sztolni to obowiązkowe punkty wizyty na Śląsku.

Podróżując z historią naszego kraju warto zboczyć z najbardziej wytartych szlaków. W Polsce jest mnóstwo twierdz, ale mało która dorówna urokowi górskiej fortecy w maleńkiej Srebrnej Górze. Miejsca jako żywo przypominającego alpejskie miasteczko.

Przed tworzeniem swojego programu nie zdawałem sobie sprawy z różnorodności spotykanej na krańcach Polski. Blisko granicy z Ukrainą i Słowacją swoje uroki odkrywają krainy góralskich ludów pasterskich. Można tam przejechać całe kilometry napotykając nieliczne domy. Wszędzie tylko moc natury przeplatana pięknymi drewnianymi cerkwiami. Koniecznie należy wejść do środka takiej świątyni, aby zobaczyć jak ikonostas oddziela strefę boską od ludzkiej oraz do czego służą carskie wrota. Cóż z tego, że w drodze do cerkwi czasem nagle skończy się droga i trzeba zasuwać przez zdradliwy strumyk. Taki urok tych terenów! Jeszcze większy powiew egzotyki czuć na Podlasiu tuż przy białoruskiej granicy. W Bohonikach i Kruszynianach w harmonii od wieków żyją wyznawcy chrześcijaństwa i islamu. Polscy Tatarzy są na tamtych ziemiach już od czasów króla Jana III Sobieskiego. Ich integrację widać m.in. po budowie meczetów, które z zewnątrz przypominają raczej skromniutkie cerkwie. Dopiero w środku, po zdjęciu butów, wiemy, że przenosimy się do zupełnie innego świata. Jednak kto wybierze się w tamte strony i wróci bez spróbowania tatarskiego specjału – pierekaczewnika, ciasta przekładanego mięsem – może uznać podróż za nieodbytą!

Nie byłbym sobą, gdybym na koniec nie zostawił zaproszenia do mojej rodzinnej Zielonej Góry. Uczciwie mówiąc, w tym mieście nie ma jakiś spektakularnych zabytków. Za to w samym centrum można przespacerować się po funkcjonującej winnicy. Dookoła miasta rozrastają się pola z winogronami zbieranymi na produkcję lokalnego wina. Pasjonaci uratowali wielowiekową tradycję zielonogórskiego winiarstwa. Sprawdźcie na własną rękę, że nie trzeba wcale jechać do Toskanii, aby w otoczeniu winnic spróbować kieliszka czegoś naprawdę wyjątkowego.