imo iż kleszcze istnieją na tym świecie od milionów lat, dalej opowiadamy o nich opowieści podobne do bajek braci Grimm. Groza kleszczowych historii rośnie wraz ze zbliżającym się terminem wyjazdu na wakacje. I tu pierwsza pułapka.  W obecnych czasach kleszcze czekają na swoich żywicieli (a nie są wybredne) nie tylko w leśnych ostępach i na kwiecistych łąkach. Porównywalną ilość krwiopijców można spotkać w miejskich parkach i na skwerach. Również nie jest prawdą, że stanowią zagrożenie tylko w ciepłych porach roku. Nawet w styczniu, jeden ciepły dzień może zbudzić je ze snu.

Są pasożytniczymi pajęczakami, a dokładnie roztoczami. Żywią się krwią zwierząt stałocieplnych i jak wspomniałam – nie są wybredne. Już jako malusieńkie nimfy wdrapują się na trawy i zarośla, by cierpliwie czekać, aż jakieś ciepłe ciało otrze się o nie. Wówczas reagują natychmiast i wskakują na żywiciela. Najbardziej lubią delikatną skórę na szyi, za uszami, ale nie gardzą innymi zakamarkami ciała. Ofiara nie czuje bólu, gdy kleszcz przebija, bo ma on przebijają skórę, bo mają w ślinie substancje znieczulające i dodatkowo przeciwkrzepliwe, by jego źródełko nie skrzepło.

Pasożyty mogą przenosić wiele groźnych chorób, ale proszę nie wpadać w panikę. Ani gatunek ludzki, ani psi czy koci nie wyginął z powodu kleszczy. Nie znaczy to oczywiście, że można zignorować ich obecność. Najbardziej zagrożone są psy. Buszując w zaroślach i galopując po łące mogą zebrać sporą grupę pasażerów na gapę. Jedyne uczciwe wobec psa postępowanie to zabezpieczanie go przed inwazją kleszczy przez okrągły rok, ze szczególnym naciskiem na cieplejsze jego pory.

Co stosować? Bardzo polecam doustny preparat (fluralaner), który jak na razie jest stuprocentowo skuteczny. Stosowany co trzy miesiące zabezpiecza psa nie tylko przed atakiem roztoczy, ale i pcheł. Poza nim możemy kupić w gabinetach weterynaryjnych preparaty do stosowania zewnętrznego. Krople wchłaniające się przez skórę i obroże. Te ostatnie zdecydowanie odradzam. Uwalniająca się z nich trucizna działa nie tylko na pchły i kleszcze. Truje cały otaczający ją świat. Poza tym, zarówno krople, jak i obroże nie są skuteczne w stu procentach. Mimo ich stosowanie powinniśmy codziennie przejrzeć psią skórę.

I co gdy znajdziemy kleszcza? Tu zaczyna się odwieczny problem – w prawo czy w lewo? Chciałabym raz na zawsze rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. KLESZCZ TO NIE ŚRUBA Z GWINTEM! Nie wkręca się, a więc nie trzeba go wykręcać. Trzeba natomiast jak najszybciej usunąć go z ciała psa, człowieka, kota.

Dlaczego? Kleszcze zaczynają zarażać – „pluć” – zakażoną pierwotniakami, bakteriami, wirusami śliną do krwi żywiciela dopiero po dłuższym (12 godzin)  czasie żerowania. Im wcześniej go wyjmiemy tym mniejsza szansa na chorobę. Jak to zrobić? Złapać tuż przy skórze i mocno wyciągnąć. Można użyć pęsety, długich paznokci, ale można i palcami. Z tym jednak zastrzeżeniem by nie naciskać odwłoka, nie rozgniatać. Smarowanie kleszcza tłuszczem spowoduje, że będzie tłusty, alkoholem, pijany, ale nie pomoże to w usunięciu go z ciała.

Bardzo malutkie, nie opite kleszcze mogą stwarzać problemy. Można je wydłubać igłą i nie martwić się gdy zostanie głowa. Sama nie działa, więc przestanie pić i pluć. Nawet jeśli zrobi się maleńki ropień, jest lepszy od babeszjozy – choroba, która jest dla psów śmiertelnym zagrożeniem. Mogą też chorować na bakteryjną boreliozę, ale ta inaczej niż u nas, zazwyczaj przebiega u psów bezobjawowo. Psy nie chorują na odkleszczowe, wirusowe zapalenie opon mózgowych. My po bliższej „znajomości” z kleszczem jesteśmy narażeni na tę chorobę.